Skończyłem ostatnio „Witamy w księgarni Hyunam-dong” i mam po tej książce mieszane, ale ciekawe odczucia.
Z jednej strony to książka, która dotyka bardzo ważnego tematu: zmęczenia wyścigiem szczurów, presji sukcesu, pracy, która zaczyna człowieka wypalać, i potrzeby znalezienia własnego miejsca.
Z drugiej strony — miałem momentami wrażenie, że jest po prostu za długa i trochę przegadana.
Nie nudna całkowicie. Raczej taka, która często wraca do tych samych myśli. Bohaterowie dużo rozmawiają, dużo analizują, dużo zastanawiają się nad życiem. Czasem to działa, a czasem miałem poczucie: okej, rozumiem, możemy iść dalej.
Ale mimo tego ta książka zostaje w głowie.
Koreańska książka, ale bliska też fanom japońskiej codzienności
Od razu warto zaznaczyć: to nie jest książka japońska, tylko koreańska.
I nie chcę wrzucać Korei i Japonii do jednego worka, bo to inne kultury, inne społeczeństwa i inne doświadczenia. Ale jednocześnie są tu motywy, które mogą być bardzo bliskie osobom lubiącym spokojniejsze japońskie książki.
Księgarnia jako azyl.
Zmęczenie pracą.
Presja społeczna.
Szukanie własnego rytmu.
Codzienność jako miejsce, w którym można się zatrzymać.
Trochę podobne uczucie miałem przy tekście o „Kameliowym sklepie papierniczym” — tam też nie chodziło o wielką akcję, tylko o spokój, rytuały i małe rzeczy, które nagle zaczynają mieć znaczenie.
„Witamy w księgarni Hyunam-dong” ma jednak w sobie więcej goryczy.
Tu spokój nie jest tylko ładnym klimatem. Bardziej wygląda jak coś, czego bohaterowie szukają, bo są już naprawdę zmęczeni.
Księgarnia jako ucieczka od wyścigu
Najmocniejszy temat tej książki to dla mnie zmęczenie systemem.
Bohaterowie nie są ludźmi, którzy po prostu „nie chcą pracować”. To raczej osoby, które próbowały normalnie funkcjonować, spełniać oczekiwania, robić to, co trzeba, ale w pewnym momencie coś w nich pękło.
Kariera.
Tempo.
Porównywanie się.
Oczekiwania innych.
Poczucie, że zawsze trzeba więcej.
Księgarnia Hyunam-dong staje się miejscem, gdzie można na chwilę zejść z tego toru.
Nie tyle wygrać z systemem, co przestać w nim biec.
I to jest ciekawe, bo ta książka nie mówi prosto: „rzuć wszystko, otwórz księgarnię i będziesz szczęśliwy”. To nie jest taka prosta, motywacyjna historia.
Raczej pokazuje, że wyjście z wyścigu też ma swoją cenę.
Można poczuć ulgę, ale można też poczuć się trochę na marginesie.
Autentyczność nie zawsze wygląda jak sukces
To chyba najciekawsze napięcie w tej książce.
Bohaterowie próbują znaleźć własną drogę. Chcą żyć spokojniej, uczciwiej wobec siebie, mniej pod dyktando tego, czego oczekuje system.
I w pewnym sensie im się to udaje.
Szczególnie główna bohaterka tworzy miejsce, które ma sens. Księgarnia działa, przyciąga ludzi, daje jej jakiś rodzaj stabilności i sprawczości.
Ale jednocześnie przez całą książkę czułem cień porażki.
Nie takiej dramatycznej. Nikt tu nie upada spektakularnie. Bardziej chodzi o cichą świadomość, że jeśli nie pasujesz do głównego nurtu, to nawet odnalezienie siebie może wyglądać w oczach innych jak przegrana.
I to jest bardzo uczciwe.
Bo autentyczność nie zawsze oznacza sukces.
Nie zawsze daje pieniądze.
Nie zawsze daje uznanie.
Nie zawsze sprawia, że inni powiedzą: „super, dobrze wybrałeś”.
Czasami oznacza po prostu: jest mi trochę lżej, ale nadal nie jest łatwo.
Marzenia też potrafią męczyć
Podobało mi się, że książka nie traktuje marzeń w prosty sposób.
To nie jest historia typu: „idź za marzeniami, a wszystko się ułoży”.
Tutaj marzenia są bardziej podejrzane.
Mogą dawać sens, ale mogą też stać się kolejnym obowiązkiem. Kolejną presją. Kolejną rzeczą, którą trzeba dowieźć, udowodnić i zamienić w sukces.
I to jest gorzkie, ale prawdziwe.
Bo czasem człowiek nie wie, czy naprawdę czegoś chce, czy tylko nauczył się, że powinien tego chcieć.
W tej książce bardzo mocno wybrzmiewa pytanie:
czy moje marzenia naprawdę są moje?
I chyba to pytanie zostaje ze mną najmocniej.
Momentami za dużo gadania
No i teraz moja główna uwaga: ta książka jest momentami przegadana.
Nie chodzi o to, że każda książka musi mieć szybką akcję. Lubię spokojne historie. Lubię książki, w których dużo dzieje się w rozmowach, gestach i codzienności.
Ale tutaj czasami miałem wrażenie, że kolejne dialogi krążą wokół tych samych tematów: zmęczenie, sens pracy, presja, marzenia, życie po swojemu.
To są ważne rzeczy, tylko po pewnym czasie zaczyna się czuć powtórzenie.
Brakuje też mocniejszego kontrapunktu. Większość bohaterów jest podobnie refleksyjna, podobnie zmęczona, podobnie wrażliwa. Z jednej strony tworzy to klimat wspólnoty, ale z drugiej — trochę zamyka książkę w jednym sposobie patrzenia na świat.
Dlatego mam wrażenie, że to bardziej azyl niż mapa wyjścia.
Daje ukojenie, ale niekoniecznie pokazuje, co dalej.
Dlaczego mimo wszystko warto?
Mimo tych zastrzeżeń nie żałuję lektury.
Bo „Witamy w księgarni Hyunam-dong” dotyka czegoś bardzo aktualnego. Tego cichego zmęczenia, które trudno czasem nazwać.
Nie wielkiego kryzysu.
Nie dramatycznej katastrofy.
Tylko takiego codziennego pytania:
czy ja naprawdę chcę tak żyć?
I myślę, że właśnie dlatego ta książka może być dla wielu osób ważna. Nie dlatego, że daje gotową odpowiedź. Raczej dlatego, że mówi: jeśli jesteś zmęczony tym ciągłym biegiem, to nie jesteś sam.
To jest też jeden z powodów, dla których w ogóle interesuje mnie Japonia, koreańskie książki i szerzej — literatura z tej części świata. Często wraca tam temat codzienności, pracy, presji i szukania cichszego rytmu życia. Trochę o tym pisałem też przy okazji tego, dlaczego wracam do japońskiego po latach.
Nie chodzi tylko o język.
Chodzi też o sposób patrzenia na świat.
Podsumowanie
„Witamy w księgarni Hyunam-dong” to dla mnie książka nierówna.
Momentami za długa.
Momentami zbyt przegadana.
Momentami krążąca wokół tych samych tematów.
Ale jednocześnie ważna.
Bo opowiada o zmęczeniu wyścigiem szczurów, o szukaniu własnego miejsca i o tym, że życie poza głównym nurtem może dawać ulgę, ale nie zawsze daje poczucie zwycięstwa.
To książka bardziej o uldze niż o triumfie.
I choć jest koreańska, to jeśli ktoś lubi spokojne japońskie opowieści o codzienności, pracy, małych miejscach i ludziach próbujących żyć trochę ciszej, to może znaleźć tu coś dla siebie.
Nie jest to książka idealna.
Ale jest w niej coś, co warto przemyśleć.


